Bal
udał się dla wszystkich gospodarzy oraz gości nadzwyczaj udanie. Dziewczyny
były zachwycone i jeszcze długo przed zaśnięciem opowiadały o swoich
wrażeniach. Tylko Mercury zauważyła, że siedzę w oknie i patrzę na oddalony
zarys Ziemi, gdzie znajduje się teraz mój ukochany. Podeszła do mnie i
dyskretnie zapytała:
– Kim był ten przystojny młodzieniec z którym dzisiaj tańczyłaś?
– A więc zauważyłaś?
– Nie dało się ukryć – uśmiechnęła się Mercury – nie mogliście oderwać od
siebie wzroku.
Zarumieniłam
się.
-
To Endymion. Książę Złotego
Królestwa na Ziemi.
-
Och! – wykrzyknęła Mercury –
Ziemianin! Czy to nie jest niebezpieczne?
-
Chyba nie – zamyśliłam się – on tak
powiedział. No i w końcu utrzymujemy z tamtejszym rodem królewskim
dyplomatyczne stosunki. Z jego strony nic nam nie grozi – mówiłam to, ale chyba
głównie po to, aby przekonać samą siebie.
Dziewczyny
oczywiście też próbowały się dopytać, kim był ów przystojny młodzieniec, ale
zbyłam ich pytania. Wydawało mi się, że jestem bardzo zmęczona i zanim przyłożę
głowę do poduszki, już zasnę. Tak się jednak nie stało. Kręciłam się z boku na
bok, myśląc o tych pięknych niebieskich oczach. Po blisko 2 godzinach podjęłam
decyzję. Jakimś dziwnym trafem wiedziałam, że sala balowa jest już posprzątana
i nikt nie nakryje mnie w drodze do komnaty, gdzie znajdowała się kryształowa
wieża. Wyślizgnęłam się cicho z łóżka i pobiegłam wzdłuż korytarza.
W sali
faktycznie nie było nikogo. Podbiegłam w stronę przejścia i pchnęłam cegłe. Po chwili stałam już przy wieży i
wyszeptałam swoje życzenie.
Znów byłam na Ziemi! Cudowne rześkie powietrze
nocy… można się zakochać. Rozglądałam się po ogrodzie, jednak na ławeczce nie
znalazłam Endymiona. Błąkałam się po zakamarkach ogrodu i przy dziedzińcu
pałacu dobre pół godziny. Już straciłam nadzieję, że go dzisiaj zobaczę… gdy
nagle zauważyłam postać schodzącą po schodkach tarasu. To był on. Stanął koło
wielkich krzaków czerwonych róż i patrzył na księżyc. Och jaki on miał
doskonale piękny profil! Mogłabym podziwiać go godzinami… Czas leciał tak
szybko, chociaż w rzeczywistości przyglądałam mu się blisko 15 minut. Nie
mogłam jednak podejść. Jak miałabym wytłumaczyć to, że się tutaj zjawiłam? Na
pewno korzystanie z wieży nie jest legalne. Zanim zrobiłam coś więcej, Endymion
jakby ocknął się z zamyślenia. Przykucnął przy krzaku i zerwał jedną różę.
Uśmiechnął się i włożył ją do klapy swojego munduru, po czym odszedł do pałacu.
Poczułam nagły smutek i zimno. Wiedziałam, że już nie wróci. Oddaliłam się w
stronę teleportu.
Następne noce wyglądały podobnie. Wymykałam się z
pałacu na Ziemię. Kryłam się w zakamarkach ciemnego ogrodu i często udawało mi
się spotykać Endymiona. Czasem był sam, czasem spacerował z mężczyznami w
szarych mundurach i wysokich oficerkach. Z rozmów dowiedziałam się, że byli to
generałowie. Nazywali się Jadeite, Nephrite, Zoisite i Kunzite. Nie potrafiłam
jeszcze przyporządkować twarzy każdego do tych imion. Dziewczyny chyba
zauważyły, że coś się dzieje. Chodziłam notorycznie niewyspana, nie skupiałam
się na nauce teorii, a na treningach szło mi fatalnie. Luna była bliska
rozpaczy i ciągle się gorączkowała z tego powodu. Artemis, podobnie jak
Mercury, próbował przeprowadzać ze mną rozmowy dotyczące mojego sampoczucia. Ja
po prostu cierpiałam w wyniku nieodwzajemnionej miłości.
Jednak którejś nocy coś się zmieniło. Wymknęłam
się jak zwykle o stałej godzinie i ponownie wylądowałam tuż przy wielkim głazie
w ogrodzie. Tuż przy nim, na ławce, siedział Endymion. Jego widok tak mnie
zaskoczył, że aż pisnęłam i wskoczyłam szybko za najbliższe drzewo. Endymion
odwrócił się.
- Jest tu kto? – zapytał
Wstrzymałam oddech. Po chwili obserwowania drzewa,
za którym się chowałam, Endymion wstał i odszedł w stronę pałacu. Och, byłam
tak blisko, że prawie czułam ciepło, które od niego bije! Powoli pobiegłam
wzdłuż muru, starając się nie narobić hałasu. Chciałam odprowadzić go wzrokiem
do pałacu. Lecz nagle… gdzie on się podział? Zniknął z alejki prowadzącej w
stronę schodów.
Lekko spanikowałam. Powoli posuwałam się do
przodu, rozglądając się dookoła. Jednak robiło się coraz mniej krzaków i
drzew, więc nie miałam się gdzie ukryć. Co mam robić? Niewiele myśląc,
położyłam się na trawniku i zaczęłam się czołgać na drugą stronę ogrodu. Po
około dwóch minutach doczołgałam się do najbliższego drzewa. Szybko podniosłam
się, wskoczyłam za niego i …. Bach! Wpadłam prosto w czyjeś silne ramiona.
- Proszę, co to za szkodnik się czołga po
trawniku? – zapytał Endymion. Spanikowałam na jego widok. Chciałam się wyrwać i
uciec w stronę posągu.
- Wiedziałem, że ktoś kręci się po ogrodzie od
paru dni – powiedział Endymion- czasem kątem oka widziałem jakieś jasne
kształty pomiędzy drzewami. W tej jasnej sukni słabo się kamuflujesz w ciemnym
ogrodzie – zaśmiał się.
- Przepraszam – wydusiłam z siebie – nie chciałam się
tu kręcić.
- Ale jednak to robiłaś – powiedział Endymion – po
co tutaj przyleciałaś? Młodym księżniczkom chyba nie można korzystać z waszej
wieży.
- To ty… wiesz o naszej wieży? – wydusiłam.
- Troszeczkę – puścił oko – w końcu też musiałem
jakoś dostać się do was na bal.
- No tak, słusznie – zarumieniłam się. O boziu!
- Tak więc… dowiem się po co tutaj przyleciałaś?
Potrzebowałam chwili żeby zaczerpnąć oddech. Co
mam mu odpowiedzieć?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz